ISSN 2081-7142
Rok X Numer 3 (70) październik 2017
Środa, 16 styczeń 2019

Peenemünde - wycieczka przewodników

  • Kontrola i naprawa wyrzutni V-1
    Kontrola i naprawa wyrzutni V-1
  • Wierzchucino w Borach tucholskich Start V2 z platformy wagonowej
    Wierzchucino w Borach tucholskich Start V2 z platformy wagonowej
  • Przygotowanie rakiety V-2 do startu z polowego stanowiska
    Przygotowanie rakiety V-2 do startu z polowego stanowiska
  • Stanowisko testowania i odpalania rakiet V-2 w Peenemünde
    Stanowisko testowania i odpalania rakiet V-2 w Peenemünde
  • Transport V-2 na niskopodwoziowej przyczepie Wunderwaffe z Osowej Góry
    Transport V-2 na niskopodwoziowej przyczepie Wunderwaffe z Osowej Góry

Akurat 8 marca 2008 r. Zachodniopomorska Komisja Przewodnicka zorganizowała szkoleniową wycieczkę przewodnicka do Peenemünde. Dojechaliśmy poprzez przeprawę promową w Karsiborze i następnie przez Gartz do Pianouścia, bo tak po polsku nazywała się ta dawna wioska pomorska o której pierwsza wzmianki pochodzi z roku 1282 za czasów księcia Pomorza Bogusława IV. Peneemünde leży na północno zachodnim krańcu wyspy Uznam nad cieśniną Peenestrom i Bałtykiem. Powitał nas dyrektor Muzeum Peenemünde. W tej miejscowości położonej nad ujściem rzeki Piany i nad Bałtykiem znajduje się kilka odrębnych muzeów:

  • Historyczno - Techniczne (Muzeum Techniki Rakietowej) obejmujące wystawę plenerową (V2, S - bahn, samolotów i rakiet z czasów po II wojnie światowej budynków elektrowni węglowej oraz latającej bomby V1,
  • Muzeum Morskie z (U - Boot, bombami głębinowymi, torpedami i statkami morskimi),
  • Muzeum - Lotnisko z (samolotami, silnikami oraz objazdem po terenie lotniska, Parku Narodowego i terenach poligonu V 1 i V 2

Muzea można zwiedzać samodzielnie z przewodnikiem multimedialnym na słuchawki i nagranym tekstem po polsku opisującym każdy eksponat (2euro).

Przed rozpoczęciem budowy ośrodka rakietowego 400 mieszkańców wioski Peenemünde przesiedlono w inne miejsce. Budowę wojskowego ośrodka Luftwaffe rozpoczęto w 1936 roku. Rok później przystąpiono do budowy instytutu Heeresversuchsanstalt (Wojskowy Instytut Badawczy) mającego za cel budowę i testowanie nowych broni rakietowych.

Teren Peenemünde podzielony był na dwa niezależne obszary. W jednym prowadzono badania, produkcję i wystrzeliwano rakiety V-2. Podlegał on pod dowództwo Wojsk Lądowych Wehrmachtu i nosił nazwę zakłady Doświadczalne (Entwicklungswerk) zwanym oficjalnie Peenemünde Wschód. Drugi prowadził badania i produkcję nad bezzałogowym samolotem - pociskiem typu Fi - 103, nazwanym później V-1. Ten obszar zwany Peenemünde Zachód podlegał pod dowództwo Wojsk Lotniczych Luftwaffe.

Obecne muzeum rakietowe znajduje się w budynku byłej elektrowni pracującej w oparciu o węgiel pochodzący ze śląskich kopalni. Dochodziła tam linia kolejowa oraz S-bahn dowożąca ludzi z odległości nawet 60 km. Wówczas kolej S-bahn miały jedynie Berlin i Hamburg.

Do budowy ośrodka badawczego wykorzystano więźniów obozu koncentracyjnego, robotników przymusowych i jeńców wojennych. Było wśród nich tysiące Polaków. Na terenie Peenemünde łącznie pracowało ich blisko 20 tysięcy: Rosjan, Polaków, Francuzów, Holendrów. Cały ponad 25 hektarowy teren był ogrodzony i ściśle strzeżony. Dyrektorem technicznym ośrodka Peenemünde Wschód zajmującego sie budową rakiet pionowego startu był generał major Walter Dornberger, a pracami naukowo - badawczymi kierował major SS (sturmbannführer) Wernher von Braun. Prace nad konstrukcją rakiety balistycznej prowadzono w połowie lat trzydziestych XX wieku w doświadczalnym ośrodku rakietowym w Kummersdorf w lasach na południe od Berlina. Niewielkie możliwości tego ośrodka spowodowały, ze w 1937 r. wybudowano w Peenemünde na wyspie Uznam (Usedom) nowy znacznie większy zakład doświadczalno - badawczy i dalsze próby z rakietami tam przeniesiono. Tę broń masowej zagłady nazwano drugą niemiecka „bronią odwetową" V-2. Była to jednak nazistowska propaganda. Jej użycie w odwecie za bombardowania aliantów miało doprowadzić do zwycięstwa III Rzeszy. Próba rakiety V-2 przeprowadzona 13 czerwca 1942 r. była nieudana, gdyż rakieta po przeleceniu 1300 m eksplodowała. Pierwszy udany start rakiety zwanej „Agregat 4" nastąpił 3 października 1942 r. Rakieta osiągnęła próg kosmosu wznosząc się na wysokość 84,5 km. Jej głównym przeznaczeniem było jednak przeniesienie głowicy bojowej o masie blisko jednej tony i spowodowanie jak największych zniszczeń.

Rakieta V 2

Już w 674 r. gdy armia kalifa Damaszku oblegała Konstantynopol znalazł się wybawca w osobie Kallinikusa, syryjskiego architekta i chemika Heliopolis. Wynalazł on „ogień grecki". Była to tajna broń Cesarstwa Bizantyjskiego. Jej skład był pilnie strzeżony. Było to nic innego jak miotacz ognia. Jej użycie doprowadziło do całkowitego zniszczenia islamskiej floty. Późniejsi pisarze wojskowi jak żyjący w XIII wieku Marek Grek, zdradzili, że „ogień grecki" zawierał: siarkę, saletrę potasową, , gazolinę, żywicę sosnową i gumę arabską. Cieczą tą polewano nieprzyjacielskie okręty za pomocą pomp lub wlewano ją do pocisków i miotano z katapult. Płonąca ciecz, składająca się głównie z benzyny, utrzymywała się na powierzchni wody, podpalając kadłuby okrętów i ich załogi. Potęgę „ognia greckiego" odczuli Wikingowie (Waregowie), którzy założyli w Kijowie potężne państwo. W 941 r. gdy książę Igor wyprawił się przez Morze Czarne na Bizancjum jego statki i lodzie zostały zniszczone przez lodzie ziejące ogniem z rury. Ten rodzaj broni rozwinęli Chińczycy. Świadczy o tym opis wojny na rzece Jangcy prowadzonej w roku 975 pomiędzy wojskami cesarza Song i dwustronnego działania, który dawał ciągły strumień ognia.

Pod koniec X wieku w Chinach w użyciu pojawiły się „ogniowe lance", czyli przenośne miotacze ognia. Były to rury z bambusa lub żelaza wypełnione paliwem rakietowym, składającym się głównie z ropy, umocowane do dzidy, tak aby nie mogła odlecieć. Takie miotacze ognia działały przez około 5 minut. Odegrały one bardzo ważną rolę w obronie północnych miast przed atakami nomadów. Ostanie osiągnięcie w rozwoju tego rodzaju broni stanowiły baterie miotaczy ognia na kołach wprowadzone w XIV wieku. W każdej ziejącej ogniem baterii mieściły się trzy tuziny lanc ogniowych zawierających różne mieszanki prochu strzelniczego. Miotały one ogień na odległość od 6 do 9 metrów.

Przy tej okazji należy wspomnieć o granatach, którzy używali Arabowie w czasie obrony swych miast. Były to jajowate naczynia ze szkła lub ceramiki wypełnione gazoliną. Wyrzucano je na przeciwników już około 1000 roku ręcznie lub za pomocą katapult. Około XII wieku chińczycy przejęli pomysł od arabskich kupców i sami wytwarzali granaty z gliny.

Za wynalazcę mieszanki zbliżonej do prochu uważa się alchemika Ge Honga, który ok. 300 r. zmieszał te składniki przy okazji próby wynalezienia sztucznego złota. Pierwszy materiał wybuchowy wynaleźli Chińczycy około 850 roku. Była to mieszanina saletry, siarki i węgla drzewnego. Wynaleziono ją przypadkowo. Chińska armia zaczęła używać prochu w 919 roku pod postacią lanc ogniowych. Wystrzeliwano także zatrute strzały. Około roku 1040 Zeng Gongliang opublikował po raz pierwszy prawdziwy przepis na proch. W tym czasie znano go już od około stu lat. Miotacze ognia były inspiracją do wynalezienia broni palnej. Chińczycy znali ją już przed rokiem 1128, gdyż wtedy na dwóch płaskorzeźbach pokazane są demony jeden z rusznicą i drugi z granatem. W roku 1067 cesarz wydał edykt zakazujący sprzedaży cudzoziemcom saletry i siarki, używanych do produkcji prochu. W początkach XIV wieku Chińczycy dysponowali już ruchomą artylerią polową podczas gdy na Zachodzie dopiero zapoznawano się z prochem. Oprócz prac nad rusznicami i armatami Chińczycy pierwsi zajęli się budową rakiet. Około 1180 r. jakiś nieznany geniusz wpadł na pomysł „umocowania lancy ogniowej" na dzidzie lub strzale w odwrotnym niż dotychczas kierunku i wystrzeleniu jej w stronę nieprzyjaciela. Wkrótce powszechnie stosowano rakiety różnych typów, w tym również zamontowane na taczkach wyrzutnie miotające wiele rakiet jednocześnie. Mongołowie wykradli Chińczykom tajemnice budowy broni rakietowej. Zastosowały ją wojska Batu- Chana w 1241 r. w bitwie pod Legnicą. Również wojska arabskie użyły tej broni w roku 1249 podczas oblężenia miasta Damietta bronionego przez Francuzów.

Czternastowieczne rakiety przypominały kształtem ptaki, miały skrzydła, a ich zasięg wynosił od półtora do trzech kilometrów. Chińskie rakiety z początków XV wieku stanowiły swoisty prototyp nowoczesnych rakiet do wynoszenia satelitów. Były to potężne, dwustopniowe rakiety o zasięgu prawie dwóch km. Pod koniec lotu automatycznie rozrzucały liczne strzały rakietowe. Taką broń na zachodzie skonstruowano dopiero pod koniec XVIII wieku.

Z rakietami eksperymentował polski inżynier artylerii Kazimierz Siemienowicz urodzony około 1600 r. i zmarły po roku 1651. Brał udział w wonie polsko rosyjskiej w latach 1632 - 1634 oraz w bitwie pod Ochmatowem. Zaprojektował rakietę wielostopniową i jej stabilizator. Był autorem dzieła Artis magnae artilleriae pars prima wydanej w 1650 r. w kilku językach. Opisywał w nim technologie wytwarzania rakiet, w tym także wielostopniowych, charakterystyki balistyczne rakiet, użycie wielu rakiet na raz, w tak zwanej baterii rakiet oraz opisuje stateczniki w kształcie litery delta.

W roku 1903 syn polskiego zesłańca Konstanty Ciołkowski (1857 - 1935) ogłosił teorię ruchu i zasady budowy rakiety kosmicznej z uwzględnieniem zmiany masy. Zbudował pierwszy w Rosji tunel aerodynamiczny. W 1929 r. opublikował teorię ruchu rakiet wielostopniowych oraz chłodzenie komory spalania silnika rakietowego składnikami paliwa. W rakietach zaproponował zastosowanie stabilizatorów żyroskopowych. Ciołkowski przewidział także możliwość budowy stacji kosmicznych oraz zaprojektował wiele mieszanek paliwowych.

 W latach dwudziestych i trzydziestych XX wieku wielu konstruktorów z USA, Francji, Niemiec, Rosji, Wielkiej Brytanii, Włoch, Czechosłowacji i Austrii prowadziło badania nad silnikami rakietowymi na paliwo płynne. W 1927 i 1931 r. Niemcy odpalili pierwsze rakiety używające jako paliwa benzyny i tlenu

Traktat wersalski zawarty po pierwszej wojnie światowej narzucał Niemcom ograniczenie zbrojeń, lecz nie zakazywał produkcji wszelkiej broni rakietowej. Niewielu wówczas ludzi wierzyło, że w ogóle można wyprodukować broń rakietową. Entuzjastami budowy broni rakietowych byli już wówczas prof. Hermann Oberth i 18 letni student Wyższej Szkoły Technicznej w Zurychu Werner von Braun.

Rakieta V 2 była napędzana paliwem ciekłym w skład którego wchodził: alkohol etylowy z mieszany a woda w stosunku 3:1 oraz utleniacz, którym był ciekły tlen.

Rakieta V-2 miała następujące dane techniczno - taktyczne:

  • Długość - 14,036 m
  • Średnica rakiety - 1,651 m
  • Rozpiętość lotek - 6,20 m
  • Masa rakiety gotowej do startu - 12.963 - 13.000 kg, w tym masa alkoholu 8.000 kg
  • Masa ładunku wybuchowego - 975 kg
  • Prędkość rakiety 4824 km/godz., później 5.500 km /godz. (1340 m/s - 1500 m/s)
  • Maksymalny ciąg silnika 25.700 kg
  • Zasięg - 190,6 km później 320 - 380 km
  • Wysokość 84,5 km
  • Czas lotu 4:56 minut

W korpusie startującej pionowo rakiety znajdowały się patrząc od góry kolejno: głowica z materiałem wybuchowym, żyroskopowy system naprowadzający rakietę wraz z odbiornikiem radiowym pilot automatyczny), mieszanina alkoholu metylowego i wody, zbiornik ciekłego tlenu, zbiornik nadtlenku wodoru, butle ze sprężonym azotem, komora reakcyjna nadtlenku wodoru, pompa paliwowa, zapłonniki mieszaniny wodno - paliwowej, rama zespołu napędowego, komora spalania, wtryskiwacze alkoholu, turbina, grafitowe sterownice strumienia gazów, cztery skrzydła stabilizujące lot, powierzchnie sterowe (lotki). Energię odrzutową uzyskiwała rakieta ze spalania 75 procentowego alkoholu metylowego z tlenem. Zbiorniki rakiet mięsiły 4 tony metylowego alkoholu i 4 tony ciekłego tlenu o temperaturze minus 183 0C. O dobrych rezultatach z próbami V-2 poinformował Adolfa Hitlera w „Wilczym Szańcu" 7 marca 1943 r. Wernher von Braun razem z generałem Dornbergerem. W połowie lata 1943 r. uruchomiono linię montażową produkcji rakiet V-2 w hali o wysokości 45 metrów. W Peenemünde w specjalnej niecce przygotowano stanowisko do testowania rakiet V-2. Tam dostarczano rakiety drogą szynową lub samochodową i ustawiano za pomocą dźwigu na stanowisku startowym. Wymiary rakiety V-2 były dostosowane zarówno do wymiarów tuneli położonych na trasach kolejowych i do wielkości mostów na trasach drogowych. Do transportu drogowego rakiet V-2 na większe odległości używano tzw. vidalwageny, a na bliższe tzw. lawety meillera Każdy start był obserwowany poprzez tzw. kino teodolit. Rakiety malowano w czarno - białe pola po to aby ułatwić obserwacje i nagranie filmu. Na tym poligonie próbowano również startów rakiet V-2 z kolejowych platform, lecz wstrzymano je na korzyść polowych stanowisk transportowanych drogą kołową. Podczas wojny Peenemünde kilkakrotnie bombardowały samoloty brytyjskiego RAF - u i amerykańskiego (USAF). Informacje o rodzaju produkcji i przeznaczeniu rakiet dotarły do Londynu dzięki wywiadowi Armii Krajowej w lutym 1943 r. Wschodnią część Peenemünde zbombardowano w nocy z 17 na 18 sierpnia 1943 r. W nalocie wzięło 596 samolotów bombowych RAF, które zrzuciły 1795 ton bomb.

Po bombardowaniach doświadczenia z rakietami V-2 przeniesiono do Polski, do wioski Blizna w pobliżu miejscowości Pustków, gdzie nie groziły im alianckie naloty. Znajdował się tam już poligon SS „Heidelager". W szybkim tempie wzniesiono tam szereg obiektów niezbędnych do testowania rakiet V-2 i latających bomb V-1. Do wykonywania prac budowlanych zapędzono m.in. więźniów z pobliskiego obozu pracy w Pustkowie. Gdy wszystko było gotowe na miejsce przybyła 444 bateria szkolno - doświadczalna z Peenemünde. Pierwszą rakietę na nowym poligonie odpalono 5 listopada 1943 r. Heifelager Blizna był wizytowany zarówno przez von Brauna jaki Dornbegera. Ogółem z poligonu w Bliźnie wystrzelono około 60 rakiet V-2. W maju 1944 r. w okolicach Sarnak, AK przejęła niewybuch rakiety V-2. Główne jej części przebadano w tajnych laboratoriach AK, a następnie wywieziono do Wielkiej Brytanii w nocy z 25 na 26 lipca samolotem RAF-u, który wylądował w okupowanej Polsce w pobliżu Tarnowa. Na skutek zbliżających się oddziałów Armii Czerwonej w lipcu 1944 zaprzestano w Bliźnie testowania rakiet V-2 i wystrzeliwania V-1 i przeniesiono poligon do Borów Tucholskich. To czego nie udało się przenieść wysadzono w powietrze. Po wkroczeniu wojsk radzieckich we wrześniu 1944 r. przesłuchiwano okoliczną ludność i zabrano wszystkie części z rozbitych lub pozostawionych przez Niemców rakiet. Wówczas Anglicy uzyskali zgodę Stalina na spenetrowanie poligonu w Bliźnie. Brytyjczycy zebrali kilka skrzyń z częściami rakiet, ale zaginęły one podczas przeładunku w Moskwie. Po ich odnalezieniu w środku znajdował się jedynie złom

Produkcję poszczególnych podzespołów rakiet rozproszono w kilku miejscach takich jak np. Kohnstein koło Nordhausen w górach Harz.

Rakiety V-2 wystrzeliwano w okolicach Hagi. Ogółem odpalono ich około 5500 sztuk. Z tej liczby 2894 trafiły w Londyn. Około 1600 w Antwerpię i Brukselę. Jedna trafiła w Paryż. Celem były także miasta Liege w Belgii, Lille we Francji, Maastricht w Holandii. Celność rakiet wynosiła około 70 procent. W tym czasie naukowcy niemieccy o 15 lat wyprzedzali resztę świata w budowie i produkcji rakiet.

Po lądowaniu aliantów w Normandii Amerykanie pierwsi rozpoczęli poszukiwanie niemieckich naukowców pracujących nad tajnymi broniami III Rzeszy w oparciu przygotowane wcześniej listy. Poszukiwano również dokumentacji, materiałów rozszczepialnych, laboratoriów oraz części rakiet i innych broni. Z zakładów Mittelwerk w Bleicherode w centralnych Niemczech, dokąd przeniesiono z Peenemünde m.in. produkcję rakiet V-2 Amerykanie zabrali 14 ton dokumentacji oraz części do blisko sto niezmontowanych rakiet V-2. W licu 1945 do amerykańskiego obozu Dustbin w Niemczech ściągnięto około 350 niemieckich naukowców, inżynierów, konstruktorów, projektantów, specjalistów, chemików i fizyków zajmujących się doświadczeniami z najnowszymi broniami. Wkrótce prawie wszyscy znaleźli się w USA. Byli wśród nich m.in.: Otto Hahn, który jako pierwszy rozbił jądro atomu w 1938 r., Werner Heisenberg-laureat nagrody Nobla w 1932 r., Walther Gerlach, który przez ostatnie półtora roku kierował hitlerowskim programem atomowym Tam kontynuowali swoje badania i doświadczenia. Sam zespół von Brauna w lutym 1946 r. liczył 118 niemieckich naukowców i praktyków. W USA Wernher von Braun skonstruował najpierw pocisk balistyczny średniego zasięgu Redstone. Następnie pod jego kierunkiem zbudowano rakietę Jupiter C, która wyniosła na orbitę Ziemi pierwszego amerykańskiego sztucznego satelitę Explorera w końcu stycznia 1958 r. W oparciu o swoje doświadczenia pracując w kosmicznej Agencji NASA jako dyrektor centrum lotów kosmicznych von Braun zbudował rakietę Saturn - 5, która wyniosła statki z astronautami misji "Apollo" na księżyc.

Amerykański wywiad penetrował całą Europę w poszukiwaniu tajemnic broni atomowej, przeciwlotniczych pocisków kierowanych, najnowszych samolotów odrzutowych, bomb latających V-1, nowoczesnych zapalników zbliżeniowych, nowych typów czołgów i dział kolejowych, broni bakteriologicznej i innych. Z Niemiec Amerykanie wywieźli zapasy ciężkiej wody i uranu oraz 1100 ton belgijskiej rudy uranowej. Gdy się okazało, że zakłady produkcji uranu w Oranienburgu znajdą się w radzieckiej strefie okupacyjnej zbombardowali je tak, że nic z nich nie pozostało po to by Rosjanie nie zbudowali atomowej bomby.

Z amerykańskim wywiadem w poszukiwaniu tajnych broni i naukowców konkurowało sowieckie NKWD. Rosjanie wywieźli tajne niemieckie archiwa, 130 ton tlenku uranu, tajny ośrodek atomowy położony w Rüdiger koło Wałbrzycha, akcelerator z Dahlem oraz 30 ton materiałów rozczepianych z Rheinsburgu. NKWD schwytało Manfreda von Ardenne zajmującego się rozdzielaniem izotopów uranu oraz Gustawa Hertza - laureata nagrody Nobla z 1925 r. Pomogli oni Stalinowi zbudować bombę atomową.

Gdy Rosjanie zajęli ogołocone przez Amerykanów zakłady Mittelwerk mimo tego uruchomili w nim produkcje rakiet po czym, wywieźli wszystko, co się da z wyposażenia oraz maszyny, urządzenia, wyrzutnie, materiały łącznie z robotnikami i ich rodzinami produkującymi części i montującymi całe rakiety. Tym, którzy przeżyli zwrócono wolność w latach 1951 - 1953 i umożliwiono powrót do NRD

Ośrodek doświadczalny Peenemünde Zachód prowadził badania i wykonywał prototypy samolotów oraz nowych broni lotniczych.

Pod otwartym niebem na terenie muzeum w pobliżu biało czarnej rakiety V-2 znajduje się bezzałogowy samolot - pocisk o napędzie odrzutowym, nazwanym później bronią V-1 (Vereltungswaffe). Prace nad pociskami rakietowymi prowadzono w Niemczech od początku lat trzydziestych XX wieku. Pierwsze pociski o samolotowym kształcie opracowano w 1942 r. w firmie Fieseler Flugzeugwerke w Kassel pod kierownictwem dowództwa wojsk lotniczych. W Peenemünde Zachód gdzie wybudowano lotnisko od 1942 r. Luftwaffe realizowała projekt Fi - 103 - budowy i testowania pocisków z napędem rakietowym. Wyglądem przypominały niewielkie samolociki z rakietowym napędem na grzbiecie. W trakcie opracowań i pierwszych prób pocisk - samolot nosił zaszyfrowaną nazwę „Kirschkern" i Fzg - 76. Następnie otrzymał nazwę V-1. Produkcję V - 1 rozpoczęto w marcu 1942 r. Pierwszy start bojowy nastąpił 12 czerwca 1944 r., a ostatni 29 marca 1945 r. Łącznie wyprodukowano ich około 25 tys. sztuk. Z wyrzutni usytuowanych w północnej Francji i Belgii wystrzelono na Londyn ponad 9.000 takich pocisków. Z tej liczby ponad połowę zniszczono w czasie lotu. Do celu dotarło około 2.500. W wyniku ostrzału pociskami V-1 zginęło około 6 tys. osób, a 16 tys. zostało rannych. W kierunku Antwerpii wystrzelono ponad 6,5 tys. pocisków V-1, z tego zniszczono w locie 2,5 tys. sztuk Charakterystyka techniczna Fieseler Fi 103 „kirschkern" V-1 jest następująca:

  • Długość - 7,74 m; (8,325 m)
  • Rozpiętość skrzydeł 4,9 m; (5,370 m)
  • Masa całkowita - (2160 kg)
  • Masa ładunku wybuchowego - 830 kg; (850 kg)
  • Maksymalna prędkość - 700 km/godz.; (645 km/godz.)
  • Maksymalny pułap - 3000 m
  • Prędkość startu z katapulty -- 378 km/godz.; (96m/s)
  • Zasięg - 240 km

W nawiasach podano dane techniczno - taktyczne późniejszej odmiany pocisków V-1.

W skład materiału wybuchowego zwanego Amatolem wchodziły: 40 - 50 % dintroanizolu lub dintrobenzolu, 35% azotanu amonu i 15 heksobenzenu.

Do marca 1945 r. na miasta Anglii, Belgii i Francji wystrzelono około 22.000 pocisków o napędzie odrzutowym typu V-1, zwanych również latającymi bombami. Zwalczano je przy pomocy artylerii przeciwlotniczej, za pomocą zapór balonowych oraz przy pomocy myśliwców. Niszczono także wyrzutnie V-1. W czasie wystrzeliwania ich na Londyn polscy piloci doganiali je i skrzydłami swoich samolotów potrącali pocisk, co zakłócało ich bieg i w następstwie spadały i wybuchały w Kanale La Manche.

Latające bomby jak nazywano pociski kierowane V-1 napędzane były silnikiem pulsacyjnym. Startowały ze stałej rampy za pomocą mechanizmu tłokowego nadającego prędkość początkową około 320 km/godz. Po desancie aliantów w Normandii Niemcy zaczęli używać samolotów He -111 do wynoszenia V-1 w powietrze. Obecnie latające bomby V-1 należą do grupy pocisków kierowanych klasy ziemia - ziemia.

13 czerwca 1944 roku około czwartej rano tydzień od inwazji aliantów na Francję, Niemcy podjęli działania odwetowe. Wywiad angielski donosił, iż Hitler ma podobno w zanadrzu nową broń, którą ma zaatakować Anglię z powietrza. Obserwator z hrabstwa Kent gdy usłyszał nad sobą odgłosy dwusuwowego silnika, zaalarmował przełożonych. Na niebie leciało skrzydlate cygaro w kierunku Londynu wydzielające z tyłu pulsujący płomień. To leciała pierwsza latająca bomba V-1.

Vergeltungswaffe 1

Za początek V-1 naukowcy uważają skonstruowanie prostego, taniego silnika. Prace nad taką konstrukcją rozpoczęto w latach 1927-1928, gdy Paul Schmidt, specjalista od aerodynamiki, wpadł na pomysł zbudowania pulsacyjnego silnika odrzutowego. Jego idea, była stosunkowo prosta. W podłużnym cylindrze należało umieścić przesłonę ze sprężynujących klapek z przodu, układ wtryskujący benzynę i zapłonnik iskrowy. Podczas lotu pod naporem powietrza klapki się otwierają i powietrze wpływa do środka. Ponieważ klapki sprzężone są z mechanizmem otwierającym zawór, do wnętrza rury wtryskiwana jest benzyna, tworząc z powietrzem mieszankę wybuchową. Urządzenie zapłonowe powoduje wybuch, w wyniku którego klapki z przodu zamykają się, a gwałtownie ekspandujące gazy wydostają się z tyłu rury, popychając ją do przodu. Gdy ciśnienie we wnętrzu spadnie na tyle, że klapki ponownie się otworzą i powietrze znowu wypełni cylinder, do środka wstrzykiwana jest kolejna porcja benzyny, a powstała mieszanka ulega zapaleniu bądź to od rozgrzanych ścianek cylindra, bądź to od pozostałości gorących gazów z poprzedniego wybuchu, popychając znów całość do przodu. I tak cały proces powtarza się cyklicznie kilka razy na sekundę.
Urządzenie to miało jednak kilka wad. Przede wszystkim nie było w stanie działać w sposób ciągły poniżej prędkości około 300 km/godz., a więc nie można było po prostu uruchomić silnika i normalnie wystartować. Nie było też możliwości regulowania siły ciągu. Silnik miał jedną charakterystyczną prędkość, którą szybko osiągał od początkowej wartości 300 km/godz., a następnie utrzymywał ją przez cały czas lotu. Ponadto po 30-45 minutach ciągłej pracy sprężyste klapki sterujące zaworami ulegały uszkodzeniu wskutek wysokiej temperatury i silnik odmawiał dalszego działania. Dlatego przy całej genialności i prostocie pomysłu, nie wydawało się, aby mógł on znaleźć szersze zastosowanie praktyczne jako napęd w konwencjonalnych konstrukcjach lotniczych. Mimo to w 1934 roku profesor Schmidt wysunął sugestię, że można by go wykorzystać do napędu powietrznych torped, ale najwyraźniej nikt nie zwrócił uwagi na ten pomysł.

W 1938 roku Ministerstwo Lotnictwa (Reichluftministerium) rozpoczęło prace koncepcyjne nad konstrukcją silnika odrzutowego i zleciło zakładom mechanicznym Argusa zbudowanie „silnika Schmidta". Argus szybko uporał się z tym zadaniem i dostarczył silnik o sile ciągu około 300 KG. Przez pewien czas w ministerstwie lotnictwa poddawano go testom i rozważano w różnych aspektach, by ostatecznie widząc, co dzieje w ośrodku badawczym wojsk lądowych w Peenemiinde, dojść do wniosku, że skoro Wehrmacht angażuje się w budowę latających pocisków, lotnictwo powinno zająć się tym samym, tyle że w jeszcze większym stopniu. Zatem zwróciło się do zakładów lotniczych Fieselera o dostarczenie koncepcji i pod koniec 1941 roku naczelny inżynier tych zakładów, Lusser, przedstawił kilka wstępnych projektów. Poddano je analizie i ostatecznie 19 czerwca 1942 roku oficjalnie zezwolono na rozpoczęcie prac nad skonstruowaniem latającej bomby. Aby ukryć jej rzeczywiste przeznaczenie, nadano jej oficjalną nazwę Flakzielgerit 76, która komuś postronnemu sugerowałaby jakiś rodzaj ruchomego celu do ćwiczeń artylerii przeciwlotniczej. W zakładach Fieselera zgodnie z wewnętrzną nomenklaturą oznaczano ją jako Fi 103, lecz mało prawdopodobne, by ktokolwiek inny posługiwał się tą nazwą. Mieszkańcy południowej Anglii i innych rejonów, które od niej ucierpiały, mówili na nią „Doodlebug". W tym samym czasie zakłady Argusa podpisały kontrakt na produkcję jednostki silnikowej, a firmie Walter, specjalizującej się w rakietach i paliwach, powierzono rozwiązanie problemu startu bomby i nadania jej prędkości ponad 300 km/godz., aby mogła kontynuować lot samodzielnie.

Prace posuwały się szybko naprzód. Pierwszy pomyślny start FZG 76 odbył się 24 grudnia 1942 roku w Peenemünde. Potem nastąpiła jednak seria niepowodzeń i trzeba było pokonywać kolejne pojawiające się problemy. Ostatecznie po wszystkich poprawkach konstrukcyjnych FZG 76 był średniopłatem z silnikiem Schmidta zamontowanym nad tylną częścią kadłuba i statecznikiem ogonowym. Wewnątrz kadłuba, kolejno od przodu do tyłu, umieszczone były: log lotniczy (śmigiełko z licznikiem zliczające przebytą odległość); głowica bojowa mieszcząca 850 kg silnego materiału wybuchowego z trzema typami zapalników; zbiornik paliwa zawierający 680 1itrów 75-oktanowej benzyny; dwa zbiorniki sprężonego powietrza zapewniające ciśnienie w przewodach paliwowych i serwomechanizmach poruszających statecznikami poziomymi i pionowymi; składający się z 42 ogniw akumulator o napięciu 30 V; żyroskop oraz serwomechanizmy i inne urządzenia sterujące.

Przygotowując bombę do lotu, tankowano paliwo do zbiornika, wstawiano naładowany akumulator i napełniano zbiorniki sprężonego powietrza, a następnie umieszczano ją w komorze antymagnetycznej, gdzie sprawdzano odchylenie kompasu magnetycznego i ustawiano właściwy kurs od miejsca startu do celu. Na koniec przetaczano V-1 na wózku na wyrzutnię. Wyrzutnia miała kształt cylindra z wycięciem, długości około 45 m, podzielonego na osiem części, które po połączeniu sworzniami ustawiano pod odpowiednim kątem na żelbetonowej podstawie. Obydwa końce cylindra były otwarte, a stronę tylną uformowano na kształt złącza bagnetowego. Olbrzymi tłok w kształcie hantli z wypustem z jednej strony ładowano od tyłu jak pocisk artyleryjski, tak aby wypust wystawał poprzez wycięcie cylindra. Ponadto w cylindrze startowym umieszczano elastyczny cylinder uszczelniający i umocowywano drutem przy wycięciu. U góry na cylindrze startowym znajdowało się podwozie prostej konstrukcji, na którym spoczywał właściwy pocisk, opierając się o występ tłoka startowego. Następnie do stanowiska startowego przetaczano „ruchomą komorę spalania" i przymocowywano z tyłu za pomocą złącza bagnetowego. Na podwoziu oprócz właściwej komory spalania o grubych ścianach z kutej stali umieszczone były pojemniki z nadmanganianem potasu (określanym przez Niemców jako Z-Stoff) i nadtlenkiem wodoru (T-Stoff) oraz trzy butle sprężonego powietrza.

Bezpośrednio na lewo od rampy znajdował się zamontowany na stalowej platformie „blok rozrządu", zawierający dalsze pojemniki ze sprężonym powietrzem, ciśnieniomierze i system zaworów doprowadzających sprężone powietrze do pocisku, aby po pierwsze, wytworzyć ciąg powietrza od przodu kanału, by symulować lot, a po drugie, by włączyć wtrysk paliwa (i z powrotem wyłączyć w razie jakiejś awarii). Ponadto był tam jeszcze transformator i cewka indukcyjna z przerywaczem zasilająca zapłonnik iskrowy silnika za pośrednictwem giętkiego przewodu. Gdy pocisk spoczywał już na podwoziu, a podwozie pewnie opierało się o występ tłoka wyrzucającego, operatorzy chronili się w specjalnie przygotowanym bunkrze w pewnej odległości od wyrzutni i rozpoczynano procedurę startową. Prąd powietrza wdmuchiwanego do silnika od przodu powodował wtrysk paliwa i włączenie zapłonnika iskrowego. Po zapłonie paliwa silnik pracował od razu pełną mocą. Mniej więcej po 7 s tego rozruchu zdalnie otwierano zawory komory spalania i wtłaczano do niej pod ciśnieniem T-Stoff i Z-Stoff, które reagując gwałtownie ze sobą wytwarzały olbrzymie ilości przegrzanej pary wodnej. Tłok wyrzucający zablokowany był sworzniem, który, gdy tylko ciśnienie osiągnęło odpowiednią wartość, ulegał ścięciu, wskutek czego tłok zaczynał się poruszać w cylindrze, popychając pocisk wraz z podwoziem. Pod wpływem ciśnienia gazów cylinder uszczelniający wpychany był do szczeliny, tworząc, jakkolwiek mało skuteczne, uszczelnienie przestrzeni za tłokiem. Ciśnienie wytworzonej pary wodnej było na tyle duże, iż nadawało pociskowi prędkość około 400 km/godz. Po osiągnięciu końca cylindra olbrzymi tłok po prostu wypadał na zewnątrz, a pozbawione oparcia podwozie oddzielało się od pocisku, który dalej samodzielnie wznosił się pod kątem równym kątowi pochylenia wyrzutni, stopniowo zwiększając prędkość. Każde stanowisko startowe wyposażone było w kilka tłoków i dwie ruchome komory spalania. Gdy jedna z komór była w użyciu, w drugiej uzupełniano zapas sprężonego powietrza i paliwa. Po każdym przeprowadzonym starcie ekipa w gumowych butach i kombinezonach ochronnych musiała zmyć resztki nadmanganianu potasu z podstawy wyrzutni.

Pocisk wznosił się teraz z szybkością około 45 m/min i zaczynały funkcjonować jego układy sterujące. Magnetyczny kompas sterujący porównywał kurs pocisku z zadanym kierunkiem. Gdy wykrył jakieś odchylenie, wysyłał porcję sprężonego powietrza przewodem do żyroskopu sterującego, popychając go w pożądanym kierunku. Zmiana położenia żyroskopu przekładana była na kolejny impuls sprężonego powietrza do odpowiedniego siłownika poruszającego statecznikiem ogonowym, korygując kurs. Analogicznie czujnik barometryczny mierzył ciśnienie zewnętrzne i gdy stwierdził, że pocisk znajduje się na wysokości operacyjnej 900 m, poziomował tor lotu, dokonując odpowiedniego manewru sterami wysokości. Na ogół wzniesienie się na tę wysokość zajmowało FZG 76 około 6 minut. Jednocześnie osiągał optymalną prędkość. Prędkość ta wynosiła od 480 do 680 km/godz., w zależności od częstotliwości własnej silnika i różnych innych czynników. Zaskakujące było to, że po osiągnięciu tej optymalnej wartości prędkość pozostawała stała, mimo że wskutek zużycia paliwa pocisk stawał się coraz lżejszy, lecz ten korzystny efekt niwelowany był przez pogarszanie się działania silnika w wyniku przepalania się klapek sterujących wtryskiem paliwa. Przed startem na logu nastawiano odległość do celu. Podczas lotu pocisku pęd powietrza obracał śmigiełko logu, a obroty te przekazywane były za pomocą układu przekładni do licznika, który zliczał przebyte kilometry. Gdy pocisk przebył zadaną odległość, następowało odpalenie dwóch detonatorów, które blokowały stateczniki i ster kierunku, wysuwając z ogona ku dołowi dwie klapy i wymuszając w ten sposób przejście do stromego lotu nurkowego. Zazwyczaj powodowało to przerwanie, słabego już wówczas, dopływu paliwa i zgaśnięcie silnika, jakkolwiek zdarzały się przypadki pikowania pocisku z działającym silnikiem, który gasł dopiero tuż przed uderzeniem w ziemię. Stosunkowo duży odsetek pocisków odmawiał jednak natychmiastowego przejścia do lotu nurkowego i szybował jeszcze przez pewien czas. Wygląda na to, że kształt końcowego odcinka trajektorii zależał w znacznym stopniu od ilości pozostałego w zbiorniku paliwa, która wpływała na stateczność pocisku. Im więcej pozostawało paliwa, tym pocisk bardziej stromo schodził ku ziemi.
W momencie gdy pocisk uderzył o Ziemię lub inny obiekt, następowała detonacja głowicy bojowej. Zespół zapalników odznaczał się tak wysoką sprawnością. Spośród pierwszych 2700 pocisków, których upadek odnotowano w Wielkiej Brytanii, nie wybuchły zaledwie cztery. W jego skład wchodził jeden elektryczny zapalnik uderzeniowy (E1AZ 106), jeden mechaniczny zapalnik uniwersalny (AZ 80A) i jeden mechaniczny zapalnik uruchamiany mechanizmem zegarowym (ZZ 17B). Zapalnik uderzeniowy, zasilany z 30-woltowej baterii i odbezpieczany przez log po przebyciu przez pocisk odległości około 60 km, miał trzy włączniki: płytkę naciskową na dziobie pocisku mającą działać w przypadkach uderzenia czołowego, włącznik naciskowy u dołu kadłuba na wypadek lądowania na brzuchu oraz włącznik bezwładnościowy, który powinien zadziałać przy nagłym wytraceniu prędkości, gdyby zawiodły oba pozostałe. Zapalnik wyposażony był nawet w ładowany z baterii kondensator, który stanowił awaryjne źródło elektryczności wystarczające do odpalenia detonatorów, gdyby obwód baterii uległ uszkodzeniu. Zapalnik AZ 80A był prostym zapalnikiem typu zwarciowego, który zamykał obwód elektryczny i detonował głowicę bojową, niezależnie od kąta, pod jakim pocisk uderzył w ziemię. Był on aktywowany przez mechanizm zegarowy uruchamiany przez drut wyciągany w momencie startu, który odbezpieczał zapalnik mniej więcej po 10 min lotu. Zapalnik ten pełnił funkcję zapalnika dublującego na wypadek, gdyby nie zadziałał E1AZ 106. I wreszcie był zapalnik czasowy ZZ 1 7B, którego mechanizm zegarowy, umożliwiający nastawienie opóźnienia do dwóch godzin, zaczynał również działać w momencie startu. Gdyby wszystkie inne zapalniki zawiodły i pocisk wylądował w całości, zapalnik ten miał spowodować detonację po upływie zadanego czasu.

Gdy opanowano do końca stronę techniczną i pocisk przeszedł pomyślnie wszystkie próby, FZG 76 wdrożono do produkcji. Od początku został on zaprojektowany z myślą o taniej produkcji seryjnej, odmiennie niż postąpili konstruktorzy rakiety V-2. Do jego budowy używano prawie wyłącznie stali miękkiej (w późniejszych wersjach skrzydła były z drewna) i każdą z części składowych wykonywano w możliwie najprostszym kształcie, nawet jeżeli wiązało się to ze zwiększeniem jej ciężaru. Wytwórnie poszczególnych elementów pocisku rozproszone były po całych Niemczech, podobnie jak miejsca, w których składano je w jedną całość. Największe montownie znajdowały się: w Nordhausen w górach Harzu, około 80 km na zachód od Halle, w Dannebergu, około 80 km na południowy wschód od Hamburga, w Fallersleben, tuż na północ od Brunszwiku, w przejętych zakładach Volkswagena oraz Szczecinie, należącym obecnie do Polski mieście portowym nieopodal Peenemiinde. Pierwsze pociski używane do celów testowych i szkoleniowych zostały oczywiście w całości zbudowane w ośrodku Peenemünde. Tam też stacjonował powołany w 1943 roku pułk artylerii przeciwlotniczej Flakregiment 155(W), którego głównym zadaniem było przeprowadzanie prób z FZG 76. Mittelwerke w Nordhausen były olbrzymią podziemną fabryką opartą niemal wyłącznie na niewolniczej pracy więźniów. Montowano tam również rakiety V2, silniki lotnicze i różnego typu sprzęt wojskowy. Mniej wiadomo o innych montowniach, ponieważ nie dorównywały one rozmiarami Mittelwerke, lecz były niewielkimi konwencjonalnymi fabrykami rozmieszczonymi w na pozór mało znaczących miejscach, aby zminimalizować niebezpieczeństwo zaatakowania ich z powietrza.

Wprowadzenie FZG 76 do działań wojennych planowane było początkowo na grudzień 1943 roku, lecz pojawiły się dwie szkoły myślenia na temat, jak tego faktycznie dokonać. Pierwsza z nich, której rzecznikiem był feldmarszałek Milch z Luftwaffe, głosiła, że należy wybudować niewielką liczbę ogromnych podziemnych bunkrów, w których pociski przechowywano by, uzbrajano i wystrzeliwano. Poprzez zgromadzenie znacznego zapasu pocisków i zorganizowanie wystarczających dostaw można było zapewnić nieprzerwane atakowanie Anglii strumieniem pocisków, co uniemożliwiłoby skuteczną obronę i wywołało znaczne zniszczenia. Natomiast generał von Axthelm i inni byli zdania, że prace przy budowie tak dużych obiektów wojskowych nie uszłyby z pewnością uwagi zwiadu lotniczego i byłyby potem bezlitośnie bombardowane, co w zasadzie uniemożliwiłoby ich funkcjonowanie. Uważali, że lepsze byłoby zastosowanie wielu prostych instalacji, które można by szybko wznosić i równie szybko porzucać w przypadku zbombardowania. Przy dużej liczbie wyrzutni połowa z nich nie zostałaby przypuszczalnie nigdy wykryta, co pozwoliłoby na kontynuowanie ofensywy, być może z mniejszym natężeniem, niemniej wystarczającym do zadania równie wielkich strat, choć w dłuższym okresie. Rozważano również trzecią koncepcję - przenoszenia pocisków podwieszonych pod dużym samolotem i wystrzeliwania ich jak najbliżej wybrzeży Anglii. Pozwoliłoby to na znaczne zwiększenie zasięgu rażenia w głąb Wielkiej Brytanii w ramach ograniczonego czasu lotu pocisków. Rozpoczęto nawet próby praktycznego wdrożenia tej idei przy wykorzystaniu bombowca Heinkel 111 jako samolotu macierzystego. Flakregiment 155(W) bezpośrednio po sformowaniu w sierpniu 1943 roku zajął się przygotowaniami do zastosowania nowej broni, lecz wynikłe problemy produkcyjne spowodowały znaczne opóźnienia. Skrzydła i kadłuby produkowane przez zakłady Volkswagena okazały się wadliwe i kilkaset sztuk trzeba było wybrakować i wykonać na nowo. W wyniku zbombardowania zakładów Fieselera została zniszczona kolejna część produkcji, a linie produkcyjne trzeba było odbudować od podstaw. Coraz to większe opóźnienia powodował też niedostatek siły roboczej u poddostawców. W grudniu 1943 roku Flakregiment 155(W) przeniósł się na pozycje bojowe we Francji, zamierzając rozpocząć ofensywę 13 lutego 1944 roku. Gdy do tego czasu nie dostarczono żadnych pocisków, termin ataku przesunięto na kwiecień, a następnie na maj i czerwiec. Inwazja aliantów 6 czerwca przeprowadzona w Normandii zmobilizowała Niemców i Hitler rozkazał, aby bombardowanie Anglii rozpoczęło się 12 czerwca wieczorem.

Pogłoski o tajemniczej broni stopniowo przekształciły się w konkretne informacje i latem 1943 roku alianckie samoloty wywiadowcze systematycznie obfotografowały każdy kilometr kwadratowy północnej Francji. Szeroko zakrojone prace ziemne przy budowie olbrzymich bunkrów do przechowywania, obsługi i wystrzeliwania pocisków zostały szybko wykryte, a intensywne bombardowania obróciły je w perzynę. Zastąpiono je dużą liczbą rozproszonych miejsc starannie wtopionych w otoczenie, w których budynki służące do obsługi i przygotowania pocisków powstały na ogół w wyniku adaptacji istniejących wcześniej obiektów, a najbardziej rzucający się w oczy element - wyrzutnię - zamierzano wznieść dopiero w ostatniej chwili. Wiele z tych miejsc zostało zauważonych (choć nie potrafiono określić ich przeznaczenia) już w pierwszych miesiącach 1944 roku. Wyglądało na to, że nie dzieje się na nich nic szczególnego, zatem obserwowano je, fotografując co jakiś czas, tylko po to, aby wykryć, czy nie dzieje się coś podejrzanego. Jednak natychmiast po D-Day miejsca te nieoczekiwanie się ożywiły. Wznoszono wyrzutnie, kręciło się po nich mnóstwo żołnierzy, przychodziły dostawy sprzętu potrzebnego do prób, następnie paliwa, sprężonego powietrza i na koniec pocisków. Na 12 czerwca gotowych było jedynie kilka miejsc startowych. W większości innych nie zdążono przetestować wyrzutni bądź dostarczyć pocisków. Jednak pułkownik Wachtel, dowódca Flak Regiment 155(W), jako żołnierz wiedział doskonale, że z przełożonymi się nie dyskutuje. Otrzymawszy rozkaz, zasalutował i zabrał się do zrobienia wszystkiego, by 12 czerwca można było zameldować drogą służbową, że ofensywa rozpoczęła się zgodnie z planem.

Pierwszy pocisk V-1 wystrzelono o godzinie 3.30 rankiem 13 czerwca 1944 roku. Wkrótce potem wystartowało dziewięć następnych. Pięć z nich rozbiło się niemal natychmiast po wzbiciu się w powietrze, jeden zniknął w ciemnościach nocy i wszelki ślad po nim zaginął, a cztery przeleciały pomyślnie nad kanałem La Manche, docierając nad terytorium Anglii. Z tych czterech jeden wybuchł na rolniczych terenach w hrabstwie Sussex, jeden w pobliżu Seyenoaks w hrabstwie Kent, jeden na przedmieściach Londynu w Swanscombe, a jeden dotarł do Bethnal Green na północ od Tamizy. Te dwa ostatnie stosunkowo niewiele chybiły celu, zważywszy na to, że było nim londyńskie Tower. Natomiast dwa pozostałe najwyraźniej mocno zboczyły z założonego kursu. Wystrzeliwszy owe dziesięć pocisków, pułkownik Wachtel roztropnie przerwał operację i zlecił swym żołnierzom dalsze przygotowywanie miejsc startowych, testowanie wyrzutni, trenowanie procedury startowej i gromadzenie zapasu pocisków. Dwa dni później, 15 czerwca, kampania zaczęła się na dobre. Około 10 wieczorem z 55 wyrzutni wystrzelono ogółem 244 pociski w kierunku Londynu i około 50 w kierunku Southampton. Z tego 144 pociski doleciały nad terytorium Anglii, 14 zostało zestrzelonych przez artylerię przeciwlotniczą, siedem przechwyciły myśliwce, a do zestrzelenia jednego pretendowały jednocześnie myśliwce i artyleria, zanim zdołały osiągnąć jakikolwiek istotny cel. Z 73, które przekroczyły granice wielkiego Londynu, dalsze 11 udało się zestrzelić londyńskiej obronie przeciwlotniczej. Z pocisków, które funkcjonowały prawidłowo, większość wylądowała na południe od Tamizy. Do Southampton dotarło ich zaledwie kilka, a jeden znacznie zboczył z kursu i wylądował w Norfolk.
Źródła wywiadowcze dostarczyły Anglikom dość dobrych informacji, co do zagrażającego im niebezpieczeństwa. Pierwszy chybiony atak z 13 czerwca dał przedsmak tego, co miało nastąpić, a dwa spokojne dni pozwoliły na zorganizowanie obrony. Gdy uświadomiono sobie skalę prowadzonego przez Niemców ataku, wzmocniono obronę o dodatkowe działa i samoloty, redukując potencjał obronny w innych częściach Wielkiej Brytanii. Obronę wspomagały także dwie eskadry Moskitów oraz osiem Tempestów, Typhoonów i Spitfirów.
Do połowy lipca podwładni Wachtela wystrzelili ponad 4000 pocisków na Londyn, z czego około 3000 doleciało w obręb londyńskiej obrony przeciwlotniczej. Lotnictwo myśliwskie strąciło 924 pociski, artyleria 261, a kolejne 55 zderzyło się z linami balonów zaporowych. Jeden pocisk został ostrzelany przez myśliwca, natknął się na wybuchający pocisk artylerii, a następnie zderzył z balonem, został zatem w jednej trzeciej zaliczony na konto każdej z tych służb. Ten wynik - około 42 procent strąconych pocisków - uważany był za niezbyt imponujący, zważywszy na to, że cel poruszał się prostym poziomym kursem ze stałą prędkością, lecz można go po części wyjaśnić taktyką stosowaną przez brytyjską obronę, która zabraniała ostrzału artylerii w obszarze działania myśliwców, a także oczywiście tym, że prędkość i wysokość lotu pocisków specjalnie dobrano tak, że poruszały się one za szybko i za nisko dla ciężkich dział przeciwlotniczych, a za wysoko dla lekkich dział w większej części zakresu kąta ich linii ognia. Problemy te ostatecznie rozwiązano przez przegrupowanie sił obrony w ten sposób, że artyleria przeciwlotnicza była skupiona w rejonie przybrzeżnym, zabronionym dla myśliwców, natomiast myśliwce przechwytywały pociski, którym udało przedrzeć się w głąb lądu, a także przez zastosowanie większej liczby dział osadzonych na stałej podstawie, które były w stanie skuteczniej prowadzić ogień do lecącego pocisku, sprzężenie ich z nowo skonstruowanymi radarami samoczynnie wykrywającymi cel oraz wyposażenie w amunicję z zapalnikami zbliżeniowymi. Ostatecznie w rejonie angielskiego wybrzeża od Sussex do Suffolk rozmieszczono 800 ciężkich i 1200 lekkich dział przeciwlotniczych oraz 700 wyrzutni rakietowych, z dalszymi 144 działami czekającymi w rezerwie, wspieranych przez eskadry myśliwców RAF operujące nad kanałem La Manche, by przechwytywać pociski, zanim dotrą nad terytorium Anglii, oraz w głębi lądu wyłapywać te, którym udało się przedrzeć przez kordon. Odpowiedzią Niemców było, po pierwsze, nie słabnące natężenie ataku, ponieważ pewien odsetek bomb zawsze osiągał cel, a po drugie, obchodzenie linii obrony przez wspomniane wcześniej wystrzeliwanie pocisków z powietrza. Bombowce Heinkel 111 zaczęły wynosić pociski nad względnie słabiej bronione obszary, a następnie wysyłać je ku Londynowi, Southampton i Bristolowi z kierunków, z których, jak się spodziewano, nie napotkają efektywnej obrony. Pod koniec sierpnia 1944 roku liczba pocisków wystrzelonych w ten sposób wynosiła 300 na Londyn, 90 na Southampton oraz około 20 na Bristol i Gloucester. Pod koniec sierpnia, gdy natarcie aliantów z plaż Normandii zbliżało się do miejsc startowych w Pas de Calais, Flakregiment 155(W) rozmontował wyrzutnie i wraz z całym sprzętem wycofał się do Holandii. Przerwano również działania eskadr bombowców wystrzeliwujących pociski z powietrza i wycofano je do północnych Niemiec. Podczas tej „pierwszej fazy" wystrzelono ogółem 9017 pocisków, z czego 6725 dotarło nad terytorium Anglii. Z tych 6725 pocisków 1771 (26 procent) zostało zestrzelonych przez myśliwce, 1459 (22 procent) przez artylerię przeciwlotniczą, a 231 (4 procent) padło ofiarą balonów zaporowych. Spośród pozostałych 2340 pocisków spadło w obrębie aglomeracji londyńskiej.

"Drugą fazę" rozpoczęto 16 września, wprowadzając ponownie do akcji eskadry bombowców, których liczbę zwiększono teraz do 90. Pierwszego dnia wystrzelono dziewięć pocisków, z tego dwa zostały zestrzelone nad morzem przez okręty Marynarki Królewskiej, trzy padły ofiarą myśliwców, dwa rozbiły się w Suffolk, a dwa doleciały do Londynu. Artyleria przeciwlotnicza nie zanotowała tu żadnego sukcesu, ponieważ ten nowy atak nastąpił z północnego wschodu, obchodząc ogień artylerii, zatem wobec braku zagrożenia z rejonu Pas de Calais południowa flanka obronna (nazywana przez Brytyjczyków „Diyer Belt" została rozmontowana i przeniesiona na północ, aby przedłużyć linie obronne aż za Great Yarmouth. Drugą fazę ataku kontynuowano do połowy stycznia 1945 roku. W tym czasie wystrzelono ogółem 1200 pocisków, z czego 638 dotarło nad linie obronne. Artyleria strąciła 332 pociski, myśliwce 71, a 66 dotarło nad Londyn. Pozostałe 169 spadło na obszarze różnych hrabstw. W tym okresie nastąpiła też bardzo groźna próba ominięcia linii obronnych przez wyniesienie pocisków drogą powietrzną nad wybrzeże Yorkshire i wystrzelenie ich stamtąd ku Manchesterowi. Tylko jeden z nich dotarł do celu, niemniej samo zagrożenie było na tyle poważne, by spowodować dalsze przegrupowanie dział na wybrzeże północno-wschodniej Anglii. W ataku prowadzonym przy użyciu pocisków V-1 nastąpiła przerwa, gdyż Niemcy skupili się na działaniach przy użyciu rakiet V-2, która trwała do 3 marca 1945 roku, kiedy to rozpoczęła się trzecia faza kampanii V- l. Po zwiększeniu zbiorników paliwa zasięg FZG 76 zwiększył się do około 320 km, a podkomendnym Wachtela udało się doprowadzić do zdolności operacyjnej trzy wyrzutnie w Holandii i rozpocząć z nich na nowo bombardowanie Londynu. W ciągu następnych czterech tygodni udało się im wystrzelić 275 pocisków, z czego 125 przeleciało pomyślnie nad Morzem Północnym. Artyleria zaliczyła 87 pocisków, myśliwce - cztery, a zaledwie 13 doleciało do Londynu. Ostatniego V-1, zmierzającego w kierunku Londynu, odnotowano 28 marca o godzinie 12.43, został on następnie strącony ogniem artylerii nad Orfordness w hrabstwie Suffolk.
Kampania V-1 przeciwko Wielkiej Brytanii dobiegła końca.

Jednak równolegle z jej drugą i trzecią fazą prowadzona była, bodajże jeszcze bardziej zaciekła, kampania przeciwko Antwerpii i Lige. Na przełomie 1944 i 1945 roku Antwerpia była najważniejszym portem na świecie, ponieważ stanowiła główną drogę zaopatrzenia armii alianckich nacierających na Niemcy. Po tym, jak na początku września wywiad aliancki wystosował ostrzeżenie o możliwych atakach, wokół miasta zdążono rozmieścić pierścień angielskich i amerykańskich dział przeciwlotniczych, zanim 27 października wystrzelono pierwsze V-1 na Antwerpię z wyrzutni w rejonie Bochoit, na północny wschód od Essen, oraz Koblencji. 28 listopada oczyszczono do końca z min rzekę Scheldt, co umożliwiło przybijanie do nabrzeża w Antwerpii statków z zaopatrzeniem wojskowym. Spowodowało to zintensyfikowanie bombardowań przy użyciu V-1 do około 50 pocisków dziennie. Liczba ta nadal zwiększała się, aż 16 lutego osiągnęła maksymalną wartość 160 bomb w ciągu jednego dnia. Do dnia zakończenia bombardowania Antwerpii, 30 marca 1945 roku, wystrzelono ogółem 4883 pocisków, z czego 211 spadło w promieniu 13 km od nabrzeży portowych. Spośród tych 211 pocisków 55 przedarło się dlatego, że w momencie ich pojawienia artyleria przeciwlotnicza nie mogła otworzyć ognia ze względu na operujące właśnie w tym rejonie alianckie lotnictwo. Kolejne 1096 pocisków zostało wystrzelonych na Lige, z analogiczną skutecznością. Ostateczny „wskaźnik strąceń" artylerii broniącej tych dwu miast wyniósł 97 procent. W tym przypadku w obronie nie brały w ogóle udziału myśliwce ani balony.

Jak można sobie wyobrazić, celność FZG 76 zależała od wielu czynników. Został on skonstruowany z myślą o rażeniu rozległych celów, jak aglomeracje Londynu, Southampton i Bristolu, z wyrzutni rozmieszczonych na wybrzeżu Francji. Do tego zadania zasięg około 240 km był całkowicie wystarczający. Maksymalnie wyniósł on przypuszczalnie 260 km. Po wycofaniu się z wybrzeża Francji Niemcy kontynuowali ataki, wystrzeliwując V-1 z bombowców He 111, a następnie zwiększyli pojemność zbiorników paliwa w pocisku, co pozwoliło na zwiększenie jego zasięgu do 320 km z wyrzutni naziemnych. Najogólniej mówiąc, jak się wydaje, przeciętna celność pocisków wystrzeliwanych z odległości 200 - 210 km była taka, że 50 procent trafiało w promieniu 13 km od celu. W przypadku pocisków wystrzeliwanych z powietrza promień ten wzrastał do 38 km, co było głównym powodem ostatecznego zaprzestania działań prowadzonych tą metodą. Dla pocisków wystrzeliwanych z wyrzutni naziemnych na odległość 320 km promień 50-procentowej celności wynosił 20 km. Pozostałe 50 procent spadało mniej więcej równomiernie wzdłuż całej linii lotu.

Na morzu przylegającym do poligonów Peenemünde przeprowadzono także pierwsze próby wystrzeliwania pocisków rakietowych z okrętów podwodnych. Już w 1942 r. do ośrodka w Peenemünde przydzielono łódź podwodną U-511. Zamontowano na niej podwodną wyrzutnię pocisków i rozpoczęto próby. Testowano pociski bliskiego zasięgu. Miały one służyć U-bootom do obrony przed tropiącymi je okrętami oraz do ostrzału nadbrzeżnych instalacji jak np. rafinerii na wyspach karaibskich. Doświadczenia udowodniły, że wystrzeliwanie zarówno pocisków jak i rakiet z zanurzonych łodzi podwodnych jest możliwe. Zamiast budować jednak wyrzutnię do rakiet V-2 na U- boocie opracowano projekt budowy wodnego silosu pod kryptonimem „Kamizelka ratunkowa". Silos przypominający torpedę miał długość 30 metrów i wyporność 355 ton. W jego dziobie zainstalowano rakietę V-2. Za rakietą znajdowały się pomieszczenia dla załogi zajmującej się przygotowaniem jej do wystrzału oraz niezbędne oprzyrządowanie i rakietowe paliwo. Najnowsze typy U- bootów mogły holować nawet trzy takie silosy z prędkością 12 węzłów. Po doholowaniu silosa na pozycję startową zmieniano położenie wyrzutni z poziomej na pionową poprzez zatopienie zbiorników balastowych. Przed odpaleniem trzyosobowa załoga łodzi podwodnej przechodziła do silosa, przygotowywała rakietę do odpalenia i wracała na U-boota, skąd zdalnie odpalano rakietę. Ponieważ nie potrafiono poradzić sobie z dowiązaniem topograficznym bez którego niema mowy o celności rakiety odstąpiono od budowy silosów. W końcu 1944 r. stocznia w Elblągu przystąpiła do budowy prototypu silosa wyrzutni wodnej. Takie holowane wyrzutnie rakiet miała także produkować stocznia Vulkan w Szczecinie

Przy okazji prac nad bronią rakietową opracowano w Peenemünde pod kierownictwem Johannesa Plendla systemy radarowe do nawigacji nocnej oraz wdrożono pierwszy w świecie system telewizji przemysłowej.

Obecnie władze Niemiec uznały wyspę Uznam jako rezerwat Park Natury Usedom. Całe połacie lasów, bagien i obszarów byłych ośrodków rakietowych i doświadczalnych SA niedostępne dla turystów

Elektrownia

Elektrownia na węgiel kamienny jest jednym z niewielu w całości zachowanych budynków 0środka w Peenemünde. Zbudowali ja robotnicy przymusowi w ciągu zaledwie dwa i pół roku. Od 1942 r. elektrownia produkowała energie elektryczną o mocy 32 MW. Zużywano ją do produkcji ciekłego tlenu, zakładowej kolei elektrycznej, seryjnej produkcji rakiet i innych celów. Podczas okupacji sowieckiej elektrownia została częściowo rozmontowana. Po doprowadzeniu jej do użyteczności produkowała energię i ciepło z węgla brunatnego do roku 1990. Przebudowę kotłowni na muzeum rozpoczęto w 1999 r. W dawnej Sali turbin obecnie organizowane są wystawy, koncerty i imprezy kulturalne

Są dowody, że bydgoska Luftmuna na Osowej Górze była w czasie wojny jednym z większych ośrodków montażowych latających bomb V1. W Niemczech znaleziono dokumenty potwierdzające, że w 1944 roku poligon w Borach Tucholskich był najważniejszym ówczesnym ośrodkiem szkolnym jednostek, które później ostrzeliwały Londyn przy pomocy rakiet V2.

Luftmuna to skrót od "Luftmunitionsanstalt" - sieć kilkudziesięciu zakładów należących do niemieckiej Luftwaffe. W czasie II wojny światowej zakłady zajmowały się głównie magazynowaniem i montażem amunicji lotniczej. Bydgoszcz i ówczesne zakłady Luftmuna były jednym z najważniejszych magazynów i montowni V1 na obecnych terenach Polski. To stąd latające bomby trafiały do miejscowości Zempin, niedaleko wielkiego ośrodka doświadczalnego, oraz do Blizny - na południowym wschodzie Polski - na poligon rakietowy Heidelager. W archiwum wojskowym we Freiburgu znajduje się seria zdjęć wykonana między 22 marca a 3 kwietnia 1944 roku - opowiada Detlev Paul. - To daty odpowiadające transportowi kolejowemu wysłanemu z Bydgoszczy i podzakładu fabryki Volkswagena w Goleniowie. Wiemy, że transport obejmował 90 bomb V1. Z Goleniowa do niemieckiego Tarthun przyjechało 81 ćwiczebnych pocisków, z Bydgoszczy - dziewięć tak zwanej pierwszej serii: E-Zellen. W okolicy Tarthun ćwiczono awaryjny przeładunek V1 na samochody. Potem dziewięć V1 z Bydgoszczy wystrzelono z drugiego stanowiska ogniowego w miejscowości Zempin na wyspie Uznam.
Z Bydgoszczy na poligon w Bliźnie wysłano także transport 30 latających bomb V1, które później wystrzelono w okolice Rejowca. Dokonał tego niemiecki batalion szkolno - doświadczalny pod dowództwem majora Czychy. Latające bomby miały głowice bojowe.
Z jeszcze innego dokumentu, tym razem pochodzącego z czerwca 1943 roku wynika, że w bydgoskiej Luftmunie planowano magazynowanie aż dwóch tysięcy V1!

Rakieta balistyczna V2 była najbardziej zaawansowaną technologicznie bronią II wojny światowej. Z ekonomicznego punktu widzenia jej produkcja była absurdalna - jedna rakieta kosztowała tyle, co kilka samolotów myśliwskich, ale przenosiła jedynie tonę materiału wybuchowego.
V2 była jednak bronią niebezpieczną - po opracowaniu przez Niemców procedury startu z ruchomych wyrzutni praktycznie nie było przed nią ucieczki. Poruszała się z prędkością przekraczającą dźwięk, a lot na granicy stratosfery nie pozwalał na jej wykrycie.
O poligonie rakietowym w Borach Tucholskich nie wiadomo praktycznie nic. Resztki rakiet V2, które rozbijały się w drugiej połowie 1944 roku w rejonie m.in. Wierzchucina i wsi Lisiny - niewiele mówią. Dopiero od mniej więcej dziesięciu lat poligonem Heidekraut ("Wrzos") - bo tak brzmiał jego niemiecki kryptonim - zainteresowali się polscy badacze. Bez zbytniego powodzenia. Pracownicy bydgoskiego muzeum wojskowego nie ukrywali, że są bezradni - nieliczni świadkowie niewiele wiedzieli o nowej broni Hitlera, niewiele pamiętali.
Detlev Paul, Volker Pelz i Michel van Best spędzili na terenie dawnego poligonu cały dzień. Przy pomocy autora tego tekstu starali się znaleźć pozostałości Heidekraut.

Głowice były bojowe

Przez ten poligon przewinęły się praktycznie wszystkie jednostki, które później ostrzeliwały Londyn, Paryż i Antwerpię, nawet dwa bataliony SS specjalnie powołane do operowania rakietami V2 - mówi Detlev Paul. - Na podstawie dziennika startów znalezionego w muzeum w Monachium, możemy stwierdzić, że w ciągu pół roku odpalono stąd prawie dwieście rakiet.
Cele niemieckich rakiet wystrzeliwanych z Borów Tucholskich leżały w rejonie Konina i Sieradza. Nie wszystko szło tak, jak trzeba. Wiele rakiet nie dolatywało do celu, wiele eksplodowało tuż po oderwaniu się od wyrzutni.
Gdy niemieccy badacze zobaczyli w lesie niedaleko Wierzchucina dwa olbrzymie leje po upadkach V2 byli pewni jednego: - Nigdzie nie widzieliśmy tak wielkich kraterów - przyznał Volker Pelz. - To są kratery po upadkach rakiet z głowicami bojowymi. Paliwo, które napędzało V2, czyli spirytus i ciekły tlen - nie powodowało eksplozji, jedynie gwałtowny pożar...
W lesie udało się znaleźć resztki wykopów, w których stały specjalistyczne pojazdy obsługujące rakiety. Detlev Paul mówi: - Wiemy ile takich pojazdów miała pierwsza jednostka, która tu przyjechała, 836 batalion artyleryjski. Było ich aż 78. I wszystkie trzeba było zamaskować...

Mówią świadkowie

Dotarliśmy także do świadków, którzy pamiętają dawne czasy. Irena Szpica w 1944 roku miała 8 lat. Doskonale pamięta niemieckie jednostki, które stacjonowały na poligonie. - Suchom został wysiedlony i zajęty przez Niemców - mówi pani Irena. - Jako miejscowi mogliśmy jednak przechodzić przez warty na drogach - puszczano nas żebyśmy wypasali krowy albo zbierali ziemniaki. Wtedy przychodziłam do domu i patrzyłam, co się dzieje.
Pani Irena nie potrafiła opisać wrażenia, jakie wywarły na niej pierwsze starty rakiet. - Jedyne co nam przychodziło wtedy do głowy, to uciekać - mówi. Pamięta także jeden duży wypadek już pod koniec 1944 roku. Przy nieudanym starcie V2 zginęło dwudziestu Niemców.
Henryk Jaśtak z Iwca także pamięta tamte czasy. - Niemcy przyjechali zaraz po żniwach, rakiety zaczęły startować miesiąc później - mówi. - Mówiliśmy na nie gwiazda, bo gdy była wysoko widać było tylko taki znaczek na niebie. Gdy jeździłem do Suchomia przez ten teren, widziałem wiele pojazdów, takich na gąsienicach też...
Niemcy mieli własny prąd z generatorów, nawet pamiętam, że w lesie było słychać ich buczenie... rakiety startowały często. Ale były też przerwy po kilka dni.

Dlatego zbiornik jest krótki?

Niewiele osób wie, że w bydgoskim muzeum mamy rarytas - to duraluminiowy zbiornik na ciekły tlen od V2, kilka lat temu przywieziony z rejonu dawnego poligonu.
Jest nietypowy bo... krótszy niż normalny. Niemieccy badacze dokładnie go obejrzeli, ale także byli bezradni. - Nie wiemy dlaczego taki jest - mówi Volker Pelz. - Są na nim stemple odbioru technicznego, może po ich uda się odszukać jakąś dokumentacje i coś ustalić. Wiadomo na pewno, że to nie jest przeróbka polowa, bo wówczas nie było technicznych możliwości spawania duraluminium w polowym warsztacie. Zresztą i spaw jest maszynowy, a na boku jest jeszcze niemiecki odręczny napis "tutaj ciąć". To kiedyś był zbiornik o normalnych rozmiarach.

W DAG i Heidelager

Podczas wizyty w Bydgoszczy nie mogło się obejść bez odwiedzin dawnej Luftmuny przy ul. Grunwaldzkiej i olbrzymich budynków NGL Bietrieb na terenie obecnego Zachemu.
Jacek Flis, zajmujący się od dawna historią poligonu rakietowego Heidelager w Bliźnie także gościł zachodnich badaczy. - Było trochę sensacji - opowiada - Dotąd nie wiedzieliśmy do czego służyły małe piwniczki na terenie poligonu. Ci badacze widzieli dziesiątki pozostałości po wyrzutniach V1 i z cała pewności stwierdzili, że w piwniczkach składowano detonatory do latających bomb.

Autor: Leszek Walkiewicz
Dodano: 2011-03-23 22:08:44
Modyfikowano: 2013-10-28 22:20:25

 

Kanały informacyjne

Cookies (ciasteczka)

Pliki cookie są używane w tym serwisie i pomagają nam udostępniać na nim informacje.
Korzystając z serwisu, zgadzasz się na użycie plików cookie.

Więcej informacji

iRegiony.pl ostentus.pl infodarlowo.pl baltic.info.pl GCL.pl Muzeum Auschwitz-Birkenau katyncrime.pl
Do góry